RSS
 

Fuck It All!!!!!!!!

17 lis

Ostatnio świecę światłem wewnętrznym, które podobno widać nawet podczas rozmowy telefonicznej. Jestem miła dla ludzi. Śmieję się głośno i ten śmiech znów taki mój. Czuję energię w każdej komórce mojego chudnącego ciała. Nadal źle sypiam. Czekam na rekordowe zejście. Chyba jednak czekałam. Zejście przyszło, ale nie w formie ciemności ogarniającej umysł i dającej wytchnienie po prawie miesiącu jazdy jak na amfie. Weszłam do mieszkania i mnie siekło. Tak centralnie. W splot słoneczny. PANIC! PANIC! PANIC! Tam właśnie kryje się ta suka. Znów poczułam się taka tyci tyci malutka. To przeświadczenie, że wszystko wróciło do złej normy było wszechogarniające. Przerażające. Jak to? Nie zrobiłam nic złego! Nie chcę znów klękać. Nie mam zamiaru. Próbowałam zająć się codziennymi sprawami, ale mieszkanie jak nigdy, posprzątane. Jako osoba samotna, mało mam zajęć w domu. Jeden talerz. Jeden widelec. Jeden kubek do zmycia. Wszystkie walające się ubrania poukładałam, powiesiłam na wieszakach. Jakby to miało znaczenie. Jakbym miała zrobić wrażenie. Mam nowego S.Kinga. Nawet on nie pomógł. Czyli trzeba to przerobić tradycyjnie. No i co?  Poleżałam na podłodze. Na plecach. Na boku. Chciałam żeby tak trochę dramatycznie było, a było śmiesznie. Jedyne co zauważyłam, to że strasznie dużo moich włosów jest na dywanie. Próbowałam zanieść się szlochem albo chociaż pochlipać. Nic z tego. Ani jednej żałosnej łezki. Nic. Susza. Popatrzyłam nostalgicznie w sufit, ale lampa mnie oślepiała. Do głowy przyszły mi słowa piosenki Reamonn, że supergirls don’t cry. Czyli to dlatego nie mogłam płakać. Kolejna myśl to to, że czas się w końcu znajdzie na język hiszpański. Chociaż mało tego czasu zostało. I to tyle z użalania się nad sobą. Rachu ciachu i po strachu? Może nie, ale jest tyle pięknej muzyki dookoła, że szkoda tracić czas na wsłuchiwanie się w owce krzyczące w mojej głowie. Za długo krzyczały. Shut the fuck up, dziwki. Teraz ja rządzę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

Mój TurDePoloń is over.

15 lis

Na ostatnich nogach, a raczej kołach, trafiłam do tego miejsca. Sama sobie wybrałam. Surrealistyczny hotel in the middle of nowhere. Pierwszy raz nie mogłam się oprzeć i przy recepcjonistce z niekłamanym zdumieniem rozglądałam się po zatłoczonym do granic możliwości holu, restauracji i barze. Zatłoczonym meblami. Ociera się to Las Vegas Parano, a ja jestem trzeźwa. Sen naćpanego architekta. Pani była tak miła, że jakoś mi umknęła informacja, że dziś w tym hotelu jest impreza….. Szłam do pokoju i z uśmiechem niedowierzania podziwiałam ściany, na których zostały namalowane murale. Jakieś kolumny, roślinność, tylko hieroglifów brak. Może by miały do przekazania informację o tym, według jakiego klucza kierowano się planując wystrój tego miejsca. Pokój podobnie zatłoczony. Wielki meeting mebli. Po co im jeszcze człowiek w środku? Dwa olbrzymie lustra, fototapeta z wściekle zielonym lasem i strumieniem. Masz wrażenie, że zaraz coś na Ciebie wybiegnie z tego lasu. Za ścianą chrapie jakiś facet. Od 3 w nocy w dalszej części hotelu drze się inny. Takie narastające stereo jest balsamem na moją bezsenność.Kiedyś bym się wściekała. Teraz śmieję sie z tej sytuacji. Słucham Pink Floyd i błogosławię telefon na dwie karty sim. Zastanawiam się czy jak zejdę na dół, to już w tym szwedzkim stole, który widziałam przelotem wczoraj, będzie kawa. Jakby była, to mogłabym salwować się ucieczką, Śniadanie może poczekać. Są miejsca, gdzie czujesz się świetnie, bez jakiś szczególnych przyczyn, od samego początku, od pierwszego wejścia. Są miejsca obojętne – większość miejsc w jakich spałam do tej pory w trakcie mojego TurDePoloń takie właśnie było – przespać i zapomnieć. Są też takie jak to. Niezapomniane. Próbowałam ponownie zasnąć. Jak co noc od jakiegoś miesiąca. Kupiłam nawet coś co nosi dumną nazwę senospasmina, Taaa. Jedyną jej zaletą jest to, że ma w sobie alkohol. Snu spokojnego na mnie nie sprowadziła. Wolę moją bezsenność w domu. Najlepiej latem. Powoli zaczynam się zastanawiać kiedy zacznę widzieć gwiazdki i komety namalowane kredą na chodnikach, ogłoszenia o zaginionych zwierzętach, a na koniec odwiedzą mnie Regulatorzy. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

poryta to mało powiedziane

08 lis

Nigdy w życiu nie podejrzewałam nawet, że wrócę do stadium niepewności i będę wolała się wycofać niż spróbować. Do tej pory działałam bez zastanowienia, idąc za ciosem, za impulsem, za chęcią. W sumie tak. Robiłam to co mi się w danej chwili podobało. Konsekwencje były ostatnim co przychodziło mi do głowy. One i tak później się zjawiały, w całym majestacie, a ja zabierałam się do sprzątania tego syfu. Akcja – reakcja – dół. Na wyniszczenie materiału. Ostatnio coś się zmieniło. Coś się wydarzyło. Spotkałam kogoś, kto tylko i wyłącznie swoją obecnością i normalnym zachowaniem, wytrącił mnie z mojego samo-zadowolonego-obojętnego-łatwego stanu. Wszystko było inaczej, a jednocześnie właśnie tak jak powinno. Dużo śmiechu, dużo obecności, troska, wspólny posiłek, opieka, stopniowanie informacji. Jakby było tylko tu i teraz, cały nasz życiowy syf został za nami. Gdy wracałam do domu, pełna ambiwalentnych uczuć, musiałam sobie wszystko na nowo pokładać w głowie. Nie pamiętam, kiedy w życiu, byłam na 200% pewna, że nie spodobałam się i na myśl o tym chciałam się wycofać. Nie spróbować inaczej, tylko wycofać. Bo byłam tak bardzo sobą, czułam się tak dobrze i swobodnie, że nie wpadłam w pułapkę pierwszego spotkania, czyli wybiórczego przedstawiania siebie. Bawiłam się świetnie, dzień minął jak godzina. Więc gdybym miała się teraz pokazać z innej strony, to się nie da :) bo nie chcę.

Prawdopodobnie (nadal nie wiem) myliłam się i jednak się spodobałam. Prawdopodobnie on też jest pełen niepewności. Metoda małych kroków, która wcześniej mnie tak bardzo niecierpliwiła, sprawdza się. Czuję się z tym bezpiecznie. Czuję też, że jest jeszcze teraz etap, że jeśli jednak mylę się, płaczu nie będzie.

To nie jest Weekendowy Katar.  Zdecydowanie nie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

Mysz musi umrzeć albo się dostosować

02 lis

Mam w domu mysz. Szabruje w szafce ze śmieciami. Wcześniej wiedziałam, że jest bo znajdowałam jakieś tam ogryzki, ale ostatnimi czasy zrobiła się bardzo zuchwała. Przedwczoraj wieczorem na legalu, nie zwracając uwagi na to, że prawowity i większy domownik jest w domu, wlazła do reklamówki z plastikiem i zaczęła urzędować. Na jej nieszczęście, ciche to nie było. Ponieważ z zasady jestem pokojowo nastawiona do wszystkiego co żyje (może oprócz gołębi), zamiast zdzielić ją przez łeb miotłą, chciałam ją wynieść razem z workiem. Oczywiście od razu pojawiły się wątpliwości natury moralnej: bo zimno na polu, bo umrze tam itp. Gdy powiedziałam o tym gospodarzom, ze spokojnymi minami wręczyli mi trutkę na gryzonie…. Rozsypałam z nadzieją, że będzie sprytna i nie zje, ale odczyta ostrzeżenie i zniknie z mojego śmietnika. A gdzie tam! O godzinie 2:30 obudziło mnie donośne skrobanie. Wpadłam na pewniaka do kuchni, bo zakładałam, że ona po drugiej stronie szafki, a tutaj panieneczka namiętnie wgryza się w drzwiczki. Strasznie duża! Ciekawe na czym się tak upasła. Mimo, że ją widziałam, zaskoczył mnie jej chaotyczny, wręcz pijacki galop. Do łazienki. Zamknęłam drzwi bo pomyślałam sobie, że jak ma coś gryźć to proszę – tam jest mop i dywaniki. Przy okazji okazało się, że nowe drzwi w łazience się wypaczyły…..fuck. Znaczy to, że ich nie używam bo nie wiem nawet kiedy to się stało :). Zostało mi chyba z czasu kiedy w ogóle ich nie miałam. Czasem brak nie jest przeszkodą. Mysz oczywiście po około godzinie wróciła, więc pieprznęłam w drzwi miotłą, zrobiłam kawę, odpaliłam kompa i biorę się do roboty bo w ciągu dnia jestem za bardzo rozkojarzona. Daję sobie czas do soboty, a potem dupa w troki, a głowę z chmur zabieram. To jest taka teoria jak teoria Anny Łoś na temat brontozaurów. Jest moja. I tego się trzymajmy. Rozważałam opcję karmienia jej. Myszy, nie teorii. Podejrzewam jednak, że one są jak Nomy. Zaraz przyprowadzą resztę ekipy i wtedy będę jak Król Popiel. Mało co ze mnie zostanie. Albo chociaż z moich śpiworów puchowych. Dlatego niestety, mysz musi 1. odejść, a jak nie to 2. umrzeć.

Wspomagam się słuchając soundtracku z Jamesa Bonda. Na pewno pomoże mi uzyskać License to Kill. Wierzę to głęboko.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 
 

  • RSS
  • Facebook