RSS
 

Notki z tagiem ‘dolomity’

podróżnik – bankrut

28 sty

Jeśli ktoś jedzie w jednym roku na dwie duże wyprawy, a poza tym robi sobie krótkie wypady zagraniczne, to musi się liczyć z kosztami. Dużymi kosztami. Na pewno przekraczającymi jego płynność finansową, jeśli ma dochód na stałym poziomie. Ja takowego nie posiadam. Poziom jest płynny, czasem wspaniały, czasem zadowalający,a czasem widać przez niego dno. Teraz to jestem w sytuacji, gdzie są to tylko kałuże i strużki cieknące niemrawym strumyczkiem jak po ścianie w Kasprowej Niżnej gdy odwilż się zaczyna. Pocieszam się: co zobaczyłam i przeżyłam to moje. Nikt mi tego nie zabierze. Gdybym miała wybierać drugi raz to postąpiłabym tak samo, tylko w Nepalu inaczej bym się żywiła i może bym ten szczyt zdobyła. Albo oba. Może też bym tak emocjonalnie do tego wszystkiego co poza górami się działo nie podchodziła. Chociaż moje problemy zdrowotne uchroniły mnie przez zaangażowaniem się w konflikt innego rodzaju. Teraz wysłuchuję, bo do kolegi nic nie trafiło, ale jak ktoś jest tłukiem to raczej ciężko to zmienić. On sądzie, że ja bezstronna jestem, naiwniak. Ale było  o pieniądzach. Kochanych pieniążkach, co to podobno szczęścia nie dają. Dają natomiast coś ważniejszego: MOŻLIWOŚCI. Zero zależności. Zero łzawych kompromisów. Zero poczucia, że powinieneś być gdzie indziej. Jest jednak inaczej. Więc robię swoje. Staram się. Moje dwie koleżanki zdecydowały rozmawiając o mnie, że czas mnie wyrwać. Kopnąć w dupę i dać krzyżyk na samodzielną drogę. Na początku lekko zirytowana, bo nie przyzwyczajona, że ktoś za plecami coś o mnie decyduje, później, po przemyśleniu – wdzięczna, biorę się, zbieram się do kupy. Pełna nadziei, że działania przyniosą długofalowe skutki. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

zwariować na wiosnę

12 mar

Bije mi w głowę, starzeję się – to jest jedyne wytłumaczenie – staję starą czepialską babą, która się…czepia. Żeby jeszcze było o co. Więc się czepiam o głupoty. Spędzam prawie cały czas przed komputerem. Stawy w dłoniach bolą mnie od klepania i klikania. Nawet już mi się grać nie chce i czeka na mnie od prawie roku nowa gra..to znaczy już jest stara, ale dla mnie będzie nowa, jak w końcu się do niej zabiorę. Chyba na jesień, jak nikt się nie połamie. Hahaha Taki żarcik. Uwielbiam to, że wiosna i te sprawy. Bo mogę sobie wybaczyć, patrząc na te wszystkie ptaszki i listki, że drugi sezon zimowy,a ja nic. Noooo, okazało się, że ze mnie dupa, nie narciarz, ale przynajmniej padać z Kasprowego umiem. Na łeb, na dupę, na kolana. Na kasku piękną szramę mam po narcie. Własnej. No i kolano mi siadło po kolizji z kosówką. Ale taka jazda mi się podoba, szarżujesz, szczeniaku, aż miło, albo nie miło, jak pierdolniesz. Chociaż tak szybko się to dzieje, że ból odczuwasz dopiero wieczorem :D.                                                    Za tydzień mam swoją prelekcję o Cotopaxi i chyba zaczynam żałować, że się zgodziłam, bo zaczyna do mnie docierać, że ja przecież opowiadać nie umiem i jestem zmęczona i krościata jak nastolatek, co mu się hormony burzą i tylko o bzykaniu myśli. Znaczy nastolatek, nie ja. Ja w sumie też, ale nie z taką determinacją…. Łóżko to mnie woła, ale żeby się do podusi i kołderki przytulić. Ech.. za plecami mi siedzi i kusi.  Ja to jak ci erotomani – bajkopisarze -fantaści. No i kolarzy we Włoszech lubię oglądać. Od tyłu.  Jak pod górę jadą i wtedy to im te wszystkie przywodziciele, pośladkowe, zwłaszcza wielkie, biodrowo-piszczelowe przepięknie pod tymi trykotami pracują. Passo Falzarego, zwłaszcza podjazd od strony Cortiny to raj dla  fanek kolarskich mięśni tylnych.Och, rozmarzyłam się…a tutaj tyle roboty jeszcze…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

JAK NA RAZIE DOBRZE JEST

07 sty

Od początku roku jestem bardzo pozytywnie zmęczona – najpierw Babia Góra w przewracającym wietrze – uwielbiam takie „wywiewanie” – trzeba wtedy mocno zebrać się w sobie, żeby nie zawrócić, zwłaszcza gdy ma się w świadomości ciepłe schronisko za niecałe 2 godziny w dół. Spoko spoko – tylko jak już odtrąbię odwrót i usiądę w ciepełku, od razu żałuję, że zawróciłam. Bo jak się jest dożartym to rzadko istnieje coś takiego jak odwrót. Następne dni to mała masakra na siłowni – mięśnie mi się trochę buntują, ale przecież muszą być gotowe na to co im szykuję w tym roku :> – jaskinie – może Słowacja, może Czechy, Polska na pewno, Dolomity, Tatry i jak dobrze pójdzie to w końcu długo odkładany Ekwador. W sobotę była szybka akcja w Jaskini Zimnej – niestety, ponor zalany, więc piliśmy herbatę, jedliśmy ciastka i panowie pstrykali foty. Później ,ponieważ co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem – poszliśmy w cudownych, zimowych warunkach poszlajać się po reglach. Powrót do domu wyjątkowo autobusem i niedziela – pełna lenistwa. Chyba trochę tego lenistwa przeniosło się na poniedziałek…. bo jakoś nie mogę zebrać się do roboty.

A TERAZ INFORMACJA ŚWIĄTECZNIE SPÓŹNIONA:

BĘDĘ SKAKAĆ NA SPADOCHRONIE

DOSTAŁAM POD CHOINKĘ SKOK Z WIDOKIEM NA TATRY!!!!!!!!!

NO I :

MAM BILETY NA KONCERT DEPECHE MODE – TO TAKA WISIENKA NA TORCIE :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

Dolomity 2010 – w tym roku też?:)

24 mar

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 
 

  • RSS
  • Facebook