RSS
 

Notki z tagiem ‘kolory’

ROŚLINNOŚĆ EKWADORU NA ZDJĘCIACH

13 mar

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii EKWADOR, wszystkie wpisy

 

Cotopaxi ma nas w dupie, więc jedziemy do Baños

11 sty
cotopaxi próba

Przynajmniej za tym razem.  W poniedziałek,  od momentu wyjazdu do Parku Narodowego Cotopaxi z mniejszym lub większym natężeniem lało. Musieliśmy zatrzymać się przy administracji parku żeby pod zadaszeniem zrobić przepak i przygotować się do podejścia do schroniska w deszczu. 

cotopaxi próba

 

cotopaxi próba

 

Na szczęście już z parkingu widać schronisko,  więc mimo chmur i deszczu,  cel dało się namierzyć bez problemu. Szliśmy tam jakieś 30-40 minut. Schronisko jest na wysokości 4864 m.n.p.m. Obecnie przebudowywane, więc co piękne, mimo że potrafi przyjąć na raz do 160 osób,  nie ma kibli ani miejsca do jakiego takiego umycia się.  Mycie jest na szczęście sprawą drugorzędną. Wchodzi się przez okno przerobione na coś w rodzaju tymczasowych drzwi.  Byliśmy tam z kolegami Amerykanami i trzema przewodnikami: Joaquinem, Estalinem i Pablem. Panowie skarmili nas jak małe świnki ( sami gotowali!). Najlepsza była zupa wg przepisu babci Pabla-locro-zupa ziemniaczana z awokado. Po zjedzeniu krótka odprawa i spać.  Zasnęłam bez problemu mimo, że była 18!

cotopaxi próba

 

Pobudka o 23. Wyszliśmy po 24. Po wejściu na lodowiec  zdążyliśmy przejść może 100m w pionie, gdy usłyszeliśmy huk i szum.  Tak bardzo nie przyjmowałam do głowy, że może to być lawina,  że mimo, że wiedziałam że jesteśmy z Joaquinem i Robertem pierwszym zespołem na stoku, pomyślałam, że to ktoś się poślizgnął i zsuwa po mokrym, świeżym śniegu. 

Przeszliśmy jakieś kilkanaście metrów i oczom naszym ukazało się lawinisko. Niektórzy twierdzili, że jest małe, ale czołówka nie ogarniała jego zakresu. Ludzie idący za nami zaczęli się tłoczyć w jednym miejscu mimo,  że zaczęliśmy do nich krzyczeć,  żeby się porozdzielali. W tym czasie jeden zespół zaczął trawersować pod nami i na własne oczy zobaczyłam jak stok osiada, łamie się.  W tym momencie,  z taką ilością ludzi  przy takim zagrożeniu decyzja była jedna: wracamy. Oczywiście na tą sytuację miało wpływ wiele czynników: dwa dni wcześniej było bardzo wietrznie i na wysokości 5500m. padał deszcz, później było ciepło.  My na 5000m. szliśmy ubrani w polarki i cienkie rękawiczki. Ilość ludzi też miała niebagatelne znacznie. Szło w różnych konfiguracjach przynajmniej 25-30 osób.

No więc wróciliśmy do schroniska,  wypiliśmy kawę\herbatę\kakao. Spakowaliśmy się i wróciliśmy w nocy do PapaGayo. Ponieważ warunki pogodowe (we wtorek całą noc lało,a na Cotopaxi znów zeszła lawina), przenieśliśmy akcję górską na przyszły tydzień,  chociaż nie mamy pewności czy coś zmieni się w pogodzie. Jednak wydaje się, że gorzej już być nie może. 

Dlatego przyjmujemy kierunek: Baños.

 

09.01.14.

Wylądowaliśmy w Baños. Miejscowość na styku gór i dżungli,  gdzie ciągle mam wrażenie,  że za rogiem jest plaża, bo atmosfera wyluzowania i wakacji odczuwalna jest na każdym kroku.

 Baños

 

Wysokość 1880 m.n.p.m., więc jak na ostatnie warunki nisko :). Mimo to właśnie tutaj czujemy się bardziej górsko niż nawet w PapaGayo. Baños znajduje się u stóp wulkanu Tungurahua 5023 m.n.p.m.,co w języku Keczua oznacza Gardziel Ognia. Wulkan z resztą jest aktywny.

 Baños

 

Pierwszym co rzuca się w oczy to niezliczona ilość hosteli i agencji oferujących do wyboru do koloru: rafting,  canyoning,  bungee jumping, wycieczki do dżungli, jazdę na tyrolkach, itp. Mieszkamy w Hostelu o wiele znaczącej nazwie Erupcion;).

 Baños

 

Z balkonu, na którym pijemy piwo, widzę agencję,która jutro zabiera nas na rafting, a pojutrze na canyoning!!!!!! :)))))

Całe miasto jest kolorowe,  pełno turystów, a mimo to ceny nie zabijają.

 Baños

 

Oszaleliśmy na punkcie pamiątek. Są niesamowite i może dla miejscowych to cepelia, dla nas są wyjątkowe. Jutro czeka nas wydawanie kasy;). Byliśmy na pysznej kawie i lodach,a w głośnikach leciał Iron Maiden. Odwiedziliśmy sklep z przyprawami,a przy okazji odkryliśmy czekoladowe mydło, dziwaczne orzechy  czekolady o najróżniejszych smakach i kawę, po którą tam wrócimy jutro. No i najważniejsze: 15minut od centrum znajduje się 50 metrowy wodospad!!!!!!

 Baños

 

Podróż z Quito do Baños trwała ok 4 godzin. W tym czasie wjechaliśmy na 3300m, by na łeb na szyję zjechać na 1800:).

Co jakiś czas na przystankach wsiadali sprzedawcy chipsów,  lodów, owoców,  napojów.Co ciekawe  każdy pasażer musiał się wpisać imiennie na listę. Na wszelki wypadek podaliśmy się za nie żyjące, ale nadal sławne osoby.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii EKWADOR, wszystkie wpisy

 

Otavalo i wulkan Fuja Fuja 4263 m.n.p.m.

31 gru

Weekend 28-29.12.13. spędziliśmy w Otavalo. W przewodnikach przeczyta się,  że to mała, senna wioska.  Jeśli chcesz się tam wybrać bez mapy lub GPSa, albo nie masz adresu,  gdzie chcesz się udać, to bardzo się zdziwisz- to jest sporej wielkości miasto ułożone między górami, które wieńczą ponad 4 tysięczne szczyty wulkanów.

otavalo

Dlaczego tam pojechaliśmy?bo w Otavalo znajduje się chyba najsłynniejszy targ. No i wulkany.

Można tam przede wszystkim kupić te ich kolorowe cichy,  torby,  kapelusze, poncha, ubiory tradycyjne,  biżuterię i wiele wiele innych cudownych rzeczy.  Można też napatrzeć się na ludzi,  a zwłaszcza na kobiety w strojach tradycyjnych – a są piękne (i stroje i kobiety). My-białasy, jesteśmy oniemiali w momencie gdy docieramy na oobrzeża targu. Jego centrum to Plaza de Ponchos.

Ale jak w ogóle dotarliśmy do Otavalo? Najprościej i najtaniej,  może nie najszybciej (od nas, ze Starego Quito,  do terminalu, skąd odjeżdżają autobusy do Otavalo, jedzie się ponad godzinę) było by autobusem. W sumie jakieś 5 $ na głowę od wyjścia z hotelu.  Do Otavalo jest z Quito 100 km. Jednak gdy dotarliśmy na terminal,  naszym oczom ukazał się szokujący obrazek. Kolejka przy stanowisku Otavalo miała kilkadziesiąt metrów długości i wcale nie stał tam jeden człowiek za drugim, tylko grupki ludzi. Mimo, że byliśmy całkiem wcześnie,  nie mieliśmy czasu tyle czekać.  Dlatego pojechaliśmy wraz z przygodnie poznaną parą Włochów (stali przed nami w kolejce) taksówką.  Pierwszy raz mieliśmy okazję się targować i okazało się,  że to nie jest takie straszne, a sam kierowca chyba targował ssię dla samego targowania. Pojechaliśmy ostatecznie za10 $ za osobę. R.cały czas zastanawiał się jak mu się to opłaca:).

Zakwaterowaliśmy się w naszym hotelu Riviera Sucre. Klasyczny, jak z filmu, z dziedzińcem w środku, masą kwiatów i hamakami.  Rządzi tam przesympatyczna Señora. Pierwszych na wejściu spotkaliśmy Polaków, którzy co później przeczytałam w księdze meldunkowej-mimo, że między sobą gadają po polsku,  są amerykanami. Po raz kolejny widać, że sprawdza się teoria, że tym jesteś,  kim się czujesz…

otavalo

 

otavalo

 

Zostawiliśmy rzeczy w pokoju syna szefowej (nasz nie był jeszcze gotowy) i pognaliśmy na targ.

Stoimy i patrzymy.  Żeby się oswoić poszliśmy na kawę.

W sumie możesz załatwić zakupy przy 1, 3 stoiskach,  ale nie po to się tam przyjeżdża.  Samo zwiedzanie daje wiele wrażeń.  Trzeba tylko uważać, żeby się nie zgubić. Na targu (markecie się mówi) są tak niesamowite ilości ludzi i towarów,  że można oszaleć od samego patrzenia.  Przez pierwszą godzinę (bo spędziliśmy tam ponad 3 godziny) ciągle kręciło mi się w głowie.

 

otavalo

 

otavalo

 

Założyłam od razu co chcę kupić, a i tak nie utrzymałam się założeń.  Jedna rzecz jest ładniejsza od drugiej.  Są też cudowne rysunki,  rzeźby,  mega odlotowe czapki, których w życiu nie założy się w Krakowie na ulicy. Zachowałam więc odrobinę rozsądku i odrzuciłam pomysł zakupu poncha, kapelusza, czapki-maski, pióropusza i toreb. Kupiliśmy za to spodnie,  koszule tradycyjne z haftami,  sweter z alpaki, bransoletki i korale.  Na targu także zjedliśmy obiad: tilapię z ryżem i jakimiś warzywami,  które nam smakują,  ale ni cholery nie wiemy jak się nazywają. Potem kierunek hotel: pokój i łazienka były b. miłym zaskoczeniem.  Następnie spacer nad Lago San Pablo. Okazało się ono bardzo dużym jeziorem okolonym wioskami, ale widoki, zwłaszcza na co chwilę pokazujący się między chmurami wulkan Imbabura-REWELACYJNE!!!!!!!

otavalo

 

otavalo

Później poszliśmy do polecanej w necie restauracji Cafe Pachamama.  Spoko, ale nigdy więcej polecanych knajp. Bo to miejsce, gdzie bogaci Europejczycy przyjeżdżają żeby pobyć we własnym towarzystwie.  Poza tym jest drogo, bo musi być,  skoro tam sami Niemcy i Anglicy.

Wróciliśmy do hotelu, po drodze „podziwiając” burdel jaki pozostał po targu.

Zaliczyliśmy tej nocy pierwsze (w sumie dopiero) objawy zatrucia,  po analizie doszliśmy do wniosku, że to sok na targu.  Bo soki kupuj się na kubki, a nalewane są z różnych dziwnych naczyń,  więc różnie bywa,  zwłaszcza w przypadku nienawykłych.

 

otavalo

 

Za to śniadanie było rewelacyjne. Szefowa zamówiła nam taxi i wyruszyliśmy do Laguna de Mojanda. Z 2500na 3700 m.n.p.m. samochodem osobowym:). Było dosyć pochmurno, nasz kierowca trochę się uśmiechnął,  gdy kazaliśmy mu przyjechać za 4 godz.

fuja fuja

 

A my co? A my weszliśmy w tym czasie na wulkan Fuja Fuja 4263 m.n.p.m. Oprócz nas na szczyt wyszła rodzina z dziećmi,  pies i przewodnik z kilkoma skandynawkami ;). No i R. o kuli przerobionej za pomocą taśmy Macgwera na kulokijek.

fuja fuja

 

fuja fuja

 

Nasz kierowca, nie dość,  że przyjechał po nas punktualnie,  to jeszcze zawiózł nas do Quito.

Takie spostrzeżenia: taksiarz bierze każdy kurs, nawet gdy nie wie gdzie jechać.  Jak nie wie, to zatrzymuje się przy krawężniku wołając: Amigo! Jak dojechać?… dowiaduje się i już. My to na początku kwitowaliśmy lekko zaniepokojonymi uśmiechami. Teraz wiemy,  że nawet jak zapytamy czy wie jak dojechać,  to powie, że tak.  Więc pytamy za ile.  Mañana.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii EKWADOR, wszystkie wpisy

 

zakochałam się

30 lis

w Chorwacji :) jesienią….

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 
 

  • RSS
  • Facebook