RSS
 

Notki z tagiem ‘noga’

COTOPAXI 5897 m.n.p.m. !!!!!!!!!!!!!!:):):):):):):)

16 sty
cotopaxi

 

COTOPAXI 5897 m.n.p.m zdobyliśmy około godziny 7 rano w dniu 14 stycznia. Tym samym pobiłam swój rekord wysokości.  

cotopaxi

 

Szczyt ten, natomiast, dołączył do grona szczytów, na które powinnam wyjść raz jeszcze z powodu braku jakiejkolwiek widoczności ;).

cotopaxi

 

Wyjście zaczęło się około godziny 0:00, szczyt od godzin popołudniowych do przynajmniej 3-4 rano, widać było rewelacyjnie. Wiało rekordowo, kilka razy czułam jak wiatr mnie przewraca, znaczy próbuje. Największym problemem tego wiatru, a raczej naszym, a już zupełnie moim,  było zimno, które wciskał mi do płuc, pod kaptur, w rękawiczki i do butów.  Jak zaczęliśmy mozolnie piąć się ku kopule szczytowej,  wiatr przywiał chmury i tak zostało do momentu, gdy zjeżdżaliśmy autem do granic paku narodowego. Wtedy to już mnie nie interesowało,  czy go widać czy nie.  

Nie będę opisywać każdego kroku i problemów z oddychaniem, bo dla tych co wiedzą, to nuda,  tego typu opowieści można naczytać się i nasłuchać przy każdej okazji.  Natomiast ci, którzy nie wiedzą i tak nie zrozumieją.

cotopaxi

 

Grunt, że nawet nie przeszło mi przez myśl,  że mogę odtrąbić odwrót. Nie było powodu: bo czy powodem do rezygnacji miałby być porywisty, wiejący od momentu wyjścia ze schroniska wiatr, rosnące zmęczenie,  powyżej 5600 łapanie powietrza jak ryba wyrzucona na brzeg czy 3 miesiące temu złamana noga??? :) Na szczycie chwila nadziei na rozwianie chmur, bo jakieś majaki słoneczne się pokazały, ale NIE. Zero kaldery.

cotopaxi

 

To jednak można znaleźć w internecie.  

Na własność mam satysfakcję,  mocne przeżycie, radość i świadomość,  że w przyszłości mam realne szanse na więcej.  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii EKWADOR, wszystkie wpisy

 

SPORTY WODNE CZYLI BAÑOS DLA TURYSTÓW

13 sty

Pierwsze koty za płoty. Byliśmy na raftingu, moim pierwszym w życiu.

banos-rafting-10-01-14-25

 

R.i jego noga także szaleli, robili nawet za fotografów i z tego co widziałam,  coś z tych zdjęć będzie. W nocy lało i rzeka była ciemno brązowa od wulkanicznego pyłu,  a przy tym nie było praktycznie ani jednego miejsca nawet trochę spokojnego.  Żeby odpocząć,  musieliśmy przybijać do brzegu albo wbijać się pod zwisające nad wodą gałęzie drzew. Mimo,że trochę się obawiałam (najbardziej tego, że wpadnę do wody; ), wszystko poszło super.

banos-rafting-10-01-14-24

 

banos-rafting-10-01-14-23

Było jeszcze 6 chłopaków, oprócz nas i instruktorów. Spływaliśmy dwoma pontonami, a koło nas jak małe żuczki pływało dwóch chłopaków w kajaczkach, w razie jakby coś się stało,  a oprócz tego robili foty. Zdjęcia z ich aparatu wyszły jak żyleta. Czyli nowy sprzęt do kupienia? ;)

Po południu poszliśmy na „spacerek”. Spacerki z R. wyglądają tak, że albo zbiega się na przełaj ze stoków o nachyleniu 45º, albo robi 600m. w pionie,  a potem trawersuje zbocza wzdłuż całego miasta. Dziś było to drugie i było super.  Zastrajkowałam tylko,  gdy ścieżka zaczynała coraz bardziej przypominać przecinkę w dżungli,  przez co naraziłam się na serię złośliwych komentarzy szumcowych. Żeby nie było: coś pogryzło mi nogi i wyglądają jakby miały ospę, są w kropki czerwone z białą obwódką.

 Baños

 

Na kolacji znów przesadziliśmy z żarciem, aż smutno było zostawiać.

Później,  pod naszymi oknami,  przedefilowała parada – był to wiec wyborczy. Najpierw szła orkiestra,  za nią grupa tańcząca jakiś układ,  następnie grupa z pochodniami,  a potem ludzie z chorągwiami,  transparentami krzyczący, śpiewający, a na końcu,  ale najdłuższa, kawalkada samochodów.  Były one oblepione plakatami, obwieszone transparentami, chorągwiami,  a na co niektórych,  w bagażnikach, znajdowały się ogromne głośniki,  z których leciały samby, mamby i inne karnawałowe melodie.  Wyglądało na to, że ekwadorczycy bardzo angażują się w akcje społeczne: czy to sylwester,  czy to święto świnek, czy wiec wyborczy.  Wszystko było przygotowane i nawet dzieciaki jadące na pakach aut, wymachiwały balonikami w barwach partii.

 Baños

Drugi dzień: canyoning i zakupy :)

W Baños nadal trwa kampania wyborcza.  Wczorajsza parada należała do niebieskich, dziś szaleje partia w kolorze zielonym i mniej, czerwonym. Gra orkiestra i zastanawiamy się, czy wczoraj grali dla niebieskich ;) :)

Canyoning – same zjazdy i za krótko,  ale mało wody było. Dla osób,  które to robią pierwszy raz,  albo okazjonalnie,  jest super zabawa.  Dla nas było za krótko i brakowało tego, co lubimy najbardziej,  czyli skoków i slide’ów. Przynajmniej dali pozjeżdżać samemu no i noga dała radę :)  Natomiast woda ciepła,  canyon pełen roślinności,  kwiatów i pięknych zacieków z żelaza.

 Baños

 

 Baños

Po powrocie poszliśmy kupować pamiątki i prezenty.  Następnie załapaliśmy się na występy artystyczne różnych szkół podstawowych, które odbywały się na placu przed katedrą, zakończyliśmy jedząc…… świnkę morską, zwaną tutaj Cuy. Smakuje jak kurczak, tylko te łapki i pyszczek…. Grillują je w całości i w pierwszej chwili te łapki i ząbki są odstraszające, ale jak się już dostanie porąbane, to jest ok. Niniejszym, serdecznie polecam.

 Baños

Wieczorem znów była parada, tym razem zielona.  Impreza trwała do późna,a muza, która leciała, była bliżej jazz rocka niż rytmów ekwadorskich :).

Dziś jesteśmy w Quito i dzisiaj mamy drugie podejście do Cotopaxi. Wyruszamy o 14:00. W nocy na szczyt. Później dzień w PapaGayo i jeśli pogoda da, Chimbo.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii EKWADOR, wszystkie wpisy

 

goni mnie czas – czy dogoni?

15 lip

Dziś był ostatni dzień rehabilitacji mojej PRAWEJ nogi. W zaświadczeniu pani mi napisała, że przez cały ten czas leczyli mi lewą…lewą to sobie w poniedziałek na pręt nabiłam, ale o tym pani lekarka to wiedzieć nie mogła. Dlatego od wtorku rano żrę antybiotyki, łapka po szczepionce przeciw tężcowi mnie boli okrutnie, a noga się babrze. To tyle żalów gorzkich.

W zeszłą niedzielęJaskinię Marmurową – tutaj na podejściu przez najbardziej chyba znielubiony przez wielu moich znajomych (i mnie też) szlak na Ciemniak przez Adamicę.

 


Nic oczywiście nie zapowiadało, że wracać będziemy w deszczu strugach i od czasu do czasu bombardowni kulkami gradowymi…

 


Było gorąco, to fakt, dlatego czym prędzej uciekliśmy pod ziemię w poszukiwaniu chłodu. Jednak na niewiele się to zdało, bo przy wychodzeniu każdy z nas zgrzał się jak mały silniczek, niektórzy byli na granicy przepalenia:)

 

Osiągnęliśmy dno wszyscy ra

A wychodził każdy sam – szybciej lub wolniej – czasem z kolegą dyszącym tuż za plecami, czasem klnąc w zacisku, bo różne części ciała układają się nie tak jak powinny…:) i w tą niedzielę też idziemy do jaskini…a jutro na Łomnicę!!!!! (oby pogoda była korzystna – już nawet o bezchmurnym niebie nie marzę)


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 

zwalam na 2011

23 mar

przede wszystkim będzie rokiem niespełnionych planów
to raz.
planów przez "P" przez co tak bardzo rozczarowujący, że aż dupa boli.
Dupa boli od kopniaków i od siedzenia – bo jak noga złamana to przeważnie się siedzi, nawet jak się na niej skacze, to po to żeby szybciutko gdzieś usiąść, bo ile można skakać… haha
to dwa.
A że najlepiej zwalić na coś, na co nie posiadamy najmniejszego wpływu – to zwalam na rok 2011.
Bo jakże mam się przyznać, że do Marokka nie pojechaliśmy bo jestem zarozumiała i wydawało mi się, że skoro tak łatwo i pewnie zaczęłam się czuć na stoku narciarskim, to podobnie będzie w terenie górskim?….
Taka zaćma i brak dystansu, za który płacę nie tylko ja. Robert też płaci – dosłownie i w przenośni – kasą i uziemieniem ze mną w chacie…
Bo jakże mam się przyznać, że nie chciałam słuchać, a może chciałam, ale tylko tych co mi mówili to co chcę usłyszeć… zarozumiała i zadufana w sobie… I pocieszam się, że jeden bilet na samolot udało się przenieść – ale już staram się zapomnieć, że jeden przepadł i będziemy musieli zakupić nowy…takie nikłe to pocieszenie…pocieszam się także tym, że będę miała przynajmniej jak zarobić na ten bilet i jest tylko moja sprawa jak ciężką pracą.
Wracając do tematu:
Na koncert w Alchemii też nie poszliśmy, bo jak tylko zapłaciłam za bilety, to pan zadzwonił, że koncert odwołany… KURWA.
Więc siedzę w domu.
Jestem wywożona na spacery jak pogoda jest piękna, a jest piękna prawie codziennie – to jest jakieś pocieszenie i duże urozmaicenie.
Zakupiłam też nowe wydawnictwa TPN – mniam:) i nawet mam czas na czytanie – to też zaleta uziemienia i beznadziei serwowanej w TV.

A teraz trochę o przyszłości – ale skoro nie zapłaciłam za nic, nie zapisałam w kalendarzu i udaję, że nic nie planuję – to może wypali…haha
weekend majowy szykuje się górsko, apetycznie górsko w doskonałym towarzystwie:)i będzie w tym canyoning! YEAH!!!!
a póżniej praca praca praca – a między pracą canyony, jaskinie, góry – nie dorwiesz mnie roku 2011!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii wszystkie wpisy

 
 

  • RSS
  • Facebook